Naszym codziennym kompanem jest agresja, różnie wyrażana, często tłumiona. Agresja większa lub mniejsza, bardziej złowroga lub mniej. Złościmy się i przeklinamy świat za niepowodzenia, ubliżamy innym i sobie, zapalamy czerwone światełko, często bardzo tego żałując, po czasie. Mamy problem z powstrzymaniem się od uwagi na temat innych lub samych siebie. Agresja jest jak ciemność w naszych ukrytych obszarach wstydu i poczucia winy, to sprzymierzeniec niskiej samooceny i złodziej radości. Ale agresja to też druga strona medalu, bo gdy poszukasz, będziesz w stanie rozpoznać w sobie agresję i  dotrzesz do wyższej formy miłości, która pomoże zrozumieć siebie bardziej, oraz zgłębić wiedzę o innych. Gdy zauważymy w sobie agresję, wyłapiemy jej symptomy, nagle dostrzeżemy jej destruktywne przejawy i zamiast wybielać sytuację nagle zaczniemy coś z nią robić. Więc zamiast uciekać od chwili słabości, starajmy się złapać ten stan. Nie da się bowiem uciec od uczuć, tłumienie ich nic nie znaczy. Jeśli wypchamy je drzwiami, wejdą oknem. A wyparte uczucia stłumią tylko świadomość, by obudzić więcej niepokoju w podświadomości. Obserwujmy, to najlepszy sposób, obserwujmy uczucia, zanim wyjdą na światło dzienne lub zburzą spokój w podświadomości.  Uczucia to wspaniały kompan, który należy jednak trzymać mocno za lejce.

Ale się uwzięłam na te trufle, pralinki i batoniki 😀  Dziś znów przepis na wspaniałe, boskie smaki. Bo któż nie zna połączenia czekolady z orzechami laskowymi, ja takowe uwielbiam 🙂

A, i  żeby na stole świątecznym było multum słodyczy, jeszcze raz zagoszczę u Was z pralinkami ;D Następnym razem będą to makowe cukiereczki. Co Wy na to 😀     ?

SKŁADNIKI:


240 g orzechów laskowych, uprażonych, obranych ( jak uprażyć orzechy- TU)

2 łyżki syropu z daktyli

1 łyżka karobu, (możesz zastąpić kakao, ale karob jest słodki, więc bez niego będą mniej słodkie)

1/2 łyżki kakao

czekolada gorzka

WYKONANIE:


Orzechy umieść w blenderze i miksuj jak najdrobniej, tak, jakbyś chciał zrobić masło orzechowe, ale masła nie rób 🙂

Dodaj do nich wtedy syrop z daktyli, karob i kakao i zmiksuj ponownie.

Z powstałej masy formuj kulki.

Czekoladę roztop w kąpieli wodnej, maczaj  w niej widelcem kulki i odkładaj na papier do pieczenia.

Pozostaw do zastygnięcia czekolady.

SMACZNEGO 🙂

PS. Do pralinek, gdyby nie chciały się kleić, możesz dodać łyżkę oleju lub masła orzechowego np. z orzechów laskowych

2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail

Marcepan

przez Elusia

Marcepan. Zawsze kojarzy mi się ze świętami Bożego Narodzenia. Pamiętam czasy, gdy w polskich sklepach trudno było cokolwiek kupić, a marcepan właściwie był ogólnie mało znany. Ale ja zajadałam się nim co święta, a wszystko to dzięki mojej cioci, która przysyłała nam paczki z byłego NRF-u. Och, cóż to była za radość, gdy rozpromienieni, niecierpliwie otwieraliśmy paczki, które aż kipiały od słodyczy, kakao, kawy i innych pyszności. Właśnie wtedy pokochałam marcepan. Pięknie zapakowany, oblany czekoladą był jak sto dolarów, bezcenny. Aromatyczne migdały rozkosznie rozpływały się w ustach, a czekolada jeszcze dopełniała ich smak.

Dziś marcepan robię sama, nie za często, ale od święta. Wtedy przypominam sobie te wspaniałe czasy, gdy półki w sklepach puste, a towar wystany w kolejkach. Wszystko było takie nieosiągalne, takie cenne i takie pyszne, zdobyte nocną wartą przy sklepie. Wtedy to paczki od cioci z EneReFu w istocie były świętością, celebrowaniem smakołyków, gdzie mama wyznaczała nam codziennie porcję. Ileż szacunku było wtedy dla posiłku, ileż skupienia nad jednym kawałkiem czekolady, jakże rozkosznie smakował pomarańcz, wszystko było takie wyjątkowe.

Staram się i dziś tak wyjątkowo traktować posiłki, zanurzać się  w rozkoszy smakowania i cieszyć każdym kęsem. Mieć świadomość, że jedzenie jest świętością, ogromną przyjemnością i niezwykłą chwilą, która powinna trwać w wieczności. Zapuszczam się więc w kawałku marcepana, by poczuć każdy jego okruszek, degustować każdy najmniejszy kawałeczek, cieszyć kubki smakowe tym nieziemskim darem, który sama sobie zrobiłam 🙂

Jest bardzo łatwy do zrobienia, jedynym minusem jest żmudne obieranie  migdałów. Ale i tu można znaleźć przyjemność, bo cóż tak nie uspokaja jak nie monotonność. Powtarzana nagminnie czynność może wprowadzić nawet w stan medytacji. Więc nie marudzić proszę, tylko korzystać z błogości chwili.

SKŁADNIKI:


200 g migdałów ( można też kupić już obrane, tylko świeżutkie z dobrego źródła)

2 łyżki miodu

1 laska wanilii

szczypta soli

1/3 tabliczki gorzkiej czekolady


WYKONANIE:


Migdały zalej na noc wodą ( nie gorącą, ponieważ skórka migdałów staje się  toksyczna po zalaniu wrzątkiem)

Rano  obierz  ( przy ulubionej muzyce lub w totalnej ciszy ) i miksuj migdały w mocnym blenderze aż będą zupełnie miałkie, dodaj miód i wydrążone ziarenka wanilii oraz szczyptę soli. Miksuj jeszcze przez chwilę, aż wszystkie składniki się połączą.

Ugnieć w ręku dwa batony migdałowe.

Czekoladę roztop w kąpieli wodnej ( nad parą) i obtocz w niej batony migdałowe.

Ja polewam całe brzuszki batonów, wstawiam do lodówki, po zastygnięciu zanurzam spody migdałowe.

Pozostaw w lodówce do zastygnięcia czekolady.

Przechowuj w lodówce. Myślę, że długo wytrzymają  przechowywane w lodówce, ale u mnie znikają bardzo szybko 😉

SMACZNEGO 🙂

0 komentarz
0 FacebookTwitterPinterestEmail

Wspaniały czas grudniowy, pomimo szarych czy ponurych dni, taki majestatyczny, gdzie z pełnym patosem ale i spontanicznością czekam na magię świąt. Te wieczory, pełne ciszy, spokoju i wrażeń mają niesamowitą głębię, gdzie można zaszyć się pod kocem z ciepłą herbatką i marzyć, medytować, czytać… To czas na refleksję, skupieniu się na własnym ja, wyciągnięciu wniosków i przygotowaniu do lepszego.. lepszego jutra, lepszego siebie, do wiosny. To zbieranie sił na trudy ciepłych dni, gdy ogród pełną parą ruszy w wegetację i nie zaczeka już wtedy na spóźnialskich, będzie bezlitośnie dążył do wydania plonów, chwastów. Ach, czyż nie wspaniale teraz przy ogniu w kominku rozkoszować się chwilą, zagubić w blasku świec i utopić w lampce dobrego wina. Czy można lepiej spędzić ten czas, jak teraz, przy gwiazdkach świecących w oknie na tle czarnej ciemności, gdy księżyc zagląda do pokoju. Spokojnie planuję czas, gdy czekają zdemaskowane przez poranne słońce szyby okien i zakurzone firanki… A chwila płynie leniwie, masz czas, masz czas dziewczyno, wieczory takie długie, a święta takie przyjemne…

Łazanki zrobione wg makaronu soba, mają wspaniały orzechowy smak i nieco twardszą konsystencję od pszennego. Makaron ten jest bardzo popularny w Japonii, gdzie wykorzystuje się go na różne sposoby i miesza z inną mąką w różnych proporcjach. Oczywiście można zrobić soba z samej gryki, a  orzechową wodę po ugotowaniu makaronu pozostawić do wykorzystania do zupy, sosu czy gotowania warzyw, kasz. Makaron jest nieco kruchy, świetny w konsystencji, lekko orzechowy i pyszny. Warto zrobić go więcej i wysuszyć na stolnicy. Świeży wystarczy gotować dosłownie trzy minuty.

SKŁADNIKI:


150 g mąki gryczanej

150 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej

woda i sól


szklanka grzybów suszonych

1 duża cebula ( u mnie czerwona)

400 g kiszonej kapusty

2 liście laurowe

4 kulki ziela angielskiego

2 goździki

4 kulki owoców jałowca

1/2 łyżeczki kolendry ( uprażonej i utłuczonej)

1/2 łyżeczki majeranku

2 łyżki sosu sojowego

4 łyżki oliwy

sól i pieprz do smaku


WYKONANIE:


Grzyby namocz  w szklance wody na kilka godzin, ugotuj w tej samej wodzie, odcedź ( wodę pozostaw!) i pokrój na mniejsze kawałki.

Kapustę odciśnij z soku, cebulę obierz i pokrój w kostkę.

Zalej kapustę wodą z grzybów, dodaj wszystkie przyprawy  i gotuj do miękkości. W razie potrzeby uzupełniaj wrzątkiem.

Rozgrzej olej i uduś cebulę aż będzie szklista ( ja duszę pod przykryciem na bardzo wolnym ogniu, czasami mieszając, wydobywam z niej w ten sposób smak umami – wiadomości o umami TU.

Dodaj do uduszonej cebuli grzyby i odciśniętą lekko kapustę, dopraw solą i pieprzem. Zagotuj.


Wymieszaj obie mąki, zrób kopczyk i wlej w niego wodę oraz szczyptę soli, wymieszaj i ugniataj ciasto na makaron. W razie potrzeby dodawaj wodę. Ciasto ma być elastyczne i zwarte.

Podziel ciasto na dwie części i rozwałkuj każdą na grubość 2 mm. Krój łazanki.

Ugotuj łazanki w  osolonej wodzie około trzech minut.  Odcedź i wymieszaj z gotową kapustą.

Najlepsze następnego dnia.

SMACZNEGO 🙂

2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail

Zwierzęta zawsze wzbudzały we mnie zachwyt, nigdy też nie bałam się psów, kotów, kur, krów i tym podobnych. Wychowałam się na prowincji, więc nie obce mi były codzienne wyprawy z mamą do PGR-u z kanką po mleko, czy wizyty na targu z ojcem po żywe kury. W moich czasach karpie pływały w wannach domów i nikogo to nie dziwiło, nikogo… oprócz mnie i pewnie innych dzieci, gdy ojciec podjął decyzję unicestwić biedaka. Jako mała dziewczynka zdążyłam tak zaprzyjaźnić się z rybą, że żadna siła nie wyprowadziła mnie z łazienki, gdy intuicyjnie czułam, że coś się niedobrego święci. Gdy wracałam z mamą z zakupów, przyjaciela- karpia już nie było, a mnie ogarniała czarna rozpacz ( zaoszczędzili mi chociaż rzeźni mordu 😉

To samo powtarzało się z uwięzioną pętlą kurą, która, bidula, czuła pewnie co ją czeka, i nic nie pomagały moje całusy i zapewnienie, że bardzo ją kocham. Cóż, dzieci nie zdają sobie sprawy, co kryje się pod ulubionymi kabanosami, szynką na kromce chleba czy w sosie z ulubionymi kluskami. 

Na wsi, gdy byłam już sprawcza w swoich decyzjach poznałam świnię, przekonując się jak świadomym i emocjonalnym oraz mądrym jest zwierzęciem. Poruszyło to moje najgłębsze pokłady empatii i współczucia. 

Jednak, widocznie jeszcze nie dojrzałam wtedy do świadomej decyzji niejedzenia mięsa, targana presją z zewnątrz i, przyznam szczerze, unikająca skutecznie czytania o łamaniu praw zwierząt ( z resztą jakież wtedy były informacje),   tkwiłam w ogóle zamiast stać się jednostką. Tak, to były czasy, gdzie wegetarianizm był jakimś dziwacznym wymysłem jednostek. Zresztą informacji na ten temat było jak na lekarstwo.  Gdy stałam się wegetarianką, zostałam zupełnie wyalienowana z grona mięsożerców jako dziwaczka i szarlatanka. Z czasem sama zrozumiałam, że trudno jest funkcjonować wśród ludzi o innym spojrzeniu na konsumpcję, jest się wyrzutkiem. Niestety,  kuchnia ludzi łączy, integruje i zespala. Wspólne biesiady to wspólne jedzenie. 

Tak do końca jeszcze nie wiedziałam jak te zwierzęta trafiają na talerz, w jakich wstrząsających warunkach umierają i jak żyją, że mięso, które na co dzień trafia do naszych żołądków jest naszpikowane smutkiem, cierpieniem i strachem. Pomijam tu antybiotyki i hormony, które każde zwierzę hodowlane otrzymuje profilaktyczne. 

Jak więc to, bo czegoś tu nie mogłam pojąć, kota i psa kochamy a świnię mamy głęboko w poważaniu, czyż ona równie jak inne zwierzęta, jak pies, jak kot, nie czuje strachu, radości, bólu czy stresu. Czyż ona nie chce żyć… 

Nasz świat jest zupełnie oddzielony od hodowlanych zwierząt, więc absolutnie nie widzimy związku szynki czy kabanosa z losem okropnie traktowanych i zabijanych świń, które są nie mniej sympatyczne i inteligentne od naszych psów. Nie będę tu rozpisywać się o dramatyzmie, bo trudno mi pisać o strasznym cierpieniu. Wiem jedno, gdybyśmy wszyscy wiedzieli ile traumy, cierpienia i krzywdy jest w kawałku kiełbasy, gdybyśmy doświadczyli kontaktu z tymi istotami, by później poddać je straszliwej męce, nigdy takiej rzezi te czujące istoty by nie doświadczyły. Dawniej człowiek zabił zwierzę, które chodziło po trawie, czy biegało po lesie, strach i męka to była kropla w morzu w porównaniu z dzisiejszą, że tak powiem, zagładą zwierząt.

Nie jestem ortodoksyjna i nigdy nie roszczę sobie praw do pouczania innych jak i co mają jeść. Wiem i ufam bowiem, że w wielu kwestiach działamy nieświadomie i nawykowo, nie zastanawiając się nad całością. Wszyscy bowiem jesteśmy przecież równie emocjonalni, uczuciowi, dobrzy jak nasi bracia- zwierzęta. Ale też zdaję sobie sprawę, że mięso to bardzo pożywne, dające wszelkie składniki, stymulujące i wzmacniające pożywienie. Wegetarianie a zwłaszcza weganie muszą naprawdę bardzo skrupulatnie komponować swoją dietę,  w której może pojawić się wiele niedoborów. Można to oczywiście naprawiać wysokiej jakości suplementami. I co jest najważniejsze kochani ; że wszystko jest w naszej głowie, czyli masz to, co myślisz że masz 🙂

W imię dzisiejszego przesłania namawiam Was  ( choć wiem przecież, ze większość z Was, którzy mnie odwiedzają to wegetarianie) do upieczenia na co dzień czy od święta pysznego, wegańskiego pasztetu, który, jeśli tylko choć trochę zmienimy nasze podejście do jedzenia, naprawdę smakuje wybornie. Pasztet bez krzywdy, bez przemocy, bez strachu i bez cierpienia.

Jest nieziemsko kremowy, wilgotny i smaczny. Ma cudowną konsystencję i wyraźny smak. Osobiście nie przepadam za takowym, ale wierzcie mi, ten każdego do siebie przekona. Można go jeść na chlebie, jako pasta z chrupiącymi warzywami, polany olejem z dodatkiem kiszonek a nawet prosto z foremki, bo ja tak właśnie nie mogę mu się oprzeć.

SKŁADNIKI:


1 szklanka kaszy jaglanej  ugotowanej  ( w proporcji 1 do 2 szklanek wody)

1/2 szklanki cieciorki ugotowanej odcedzonej

60 g pestek dyni uprażonych i zmielonych


1 marchew, 1 pasternak, 1/2 pietruszki, kawałek korzenia selera

2 gałązki wraz z liśćmi selera naciowego

2 cebule

3 ząbki czosnku

100 g pieczarek

1 szklanka suszonych grzybów wcześniej namoczonych w małej ilości wody i ugotowanych oraz odcedzonych ( możesz ugotować więcej grzybów i wykorzystać je do np. łazanek)


2 listki laurowe, 5 kulek ziela angielskiego, 4 kulki owocu jałowca

1/2 łyżeczki kolendry – uprażonej i utłuczonej w moździerzu, 1 łyżeczka tymianku, 1 łyżeczka majeranku

1/2 szklanki sosu pomidorowego ( przepis TU) lub pulpy pomidorowej

3 łyżki sosu sojowego

1 łyżeczka miodu

olej

sól i pieprz do smaku

woda wrząca


WYKONANIE:


Wszystkie warzywa pokrój w sporą kostkę. Pieczarki również.  Cebulę w małą kostkę.

Cebulę włóż do garnka z olejem i wszystkimi przyprawami i duś aż będzie szklista. Wtedy usuń przyprawy ( owoce i listki)

Na rozgrzany olej na sporej patelni wrzuć warzywa korzenne i smaż, pilnując, żeby się nie przypaliły, mieszając, przez aż będą al’dente. Wtedy dodaj do nich łodygi selera naciowego wraz z liśćmi, pieczarki i czosnek. Smaż jeszcze aż warzywa będą miękkie.

Wtedy polej warzywa sosem sojowym ( 3 łyżki) i dodaj miód, mieszając smaż jeszcze chwilę ( uważaj, bo teraz łatwo je przypalić)

Do warzyw dodaj 1/4 wrzątku, przykryj je i duś jeszcze przez chwilę.

Do warzyw dodaj uduszoną cebulę, kaszę jaglaną, cieciorkę, grzyby, sos pomidorowy, sól i pieprz i zmiksuj wszystko na gładką masę.

Umieść masę w foremce wysmarowaną tłuszczem i piecz w 170 stopniach 40 minut.

Pozostaw w foremce do całkowitego wystygnięcia.

SMACZNEGO 🙂

2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail

Duchowość, którą jeszcze do niedawna rozumieliśmy zupełnie odmiennie, dziś kruszeje i traci swoją powagę a nasze postrzeganie świata stało się w pewnym sensie pewnym chaosem, rozmytym tłem dla wiary, która staje się krucha i niepewna. Stare paradygmaty, które budowały nasze przekonania legają w gruzach i nic tak naprawdę nie jest w stanie już tego zatrzymać. Dawne realia wiary nie pasują do dzisiejszej rzeczywistości i są jakby ze snu, rozpadając się i nie dając posklejać w całość. Na tych starych podwalinach próbujemy budować nowy rodzaj świata. 

I tak naprawdę nie chodzi tu tylko o kwestie wiary, wiary w boga, czy uduchowienie, bo nawet  najśmielsi  ateiści wiedzą, że jest jednak jeszcze coś więcej niż samo istnienie materializmu, jest jednak coś jeszcze, niekoniecznie poprzez wyznawanie jakiejś wiary czy związanych z nią rytuałów. Każdy z nas przekracza przecież granice swojej rzeczywistości. A religia czy związane z nią rytuały tracąc na wartości tworzą podstawy do celebrowania życia, jako takiego, bo tak naprawdę całe nasze istnienie na tym świecie jest cudownym rytuałem i religią. A każdy dzień to obrządki naszej codzienności. 

 Jesteśmy przecież kontinuum ogromnego kosmosu, całości, niewyobrażalnej przestrzeni i wszystkich istot żyjących na tym świecie. Jesteśmy kroplą wszystkich kropel wody, częścią wszystkich części, zwierzęciem pośród całego świata zwierząt i drzewem, pośród wszelkich lasów planety. Nasza tożsamość łączy się z autentycznością całego świata a nasza świadomość tkwi w źródle jestestwa. 

Nasze emocje mają niepojętny związek z naturą, którą sami jesteśmy. Związani a zarazem rozdzieleni tworzymy jedną całość z całym wszechświatem. 

Chałwa to alternatywa dla łasuchów, najlepsza zrobiona własnoręcznie. Tylko dwa składniki wzmocnione solą i wanilią. Możesz dodać do niej kakao, wtedy będzie kakaowa. Pyszna, tłusta, stymulująca i zaspokajająca zmysły – gorąco polecam.

SKŁADNIKI:


500 g sezamu (  u mnie niełuskany, biały)

2 łyżki miodu ( mniej lub więcej, zależy jak słodka ma być chałwa, czyli wg gustu)

1- 2 laski wanilii

odrobina soli ( sól zawsze wzmacnia smak)

możesz dodać kakao- 1 łyżkę


WYKONANIE:


Sezam upraż na suchej patelni, mieszając ciągle, aż uwolni wspaniały zapach

Odstaw sezam i poczekaj aż ostygnie.

Miksuj, aż zamieni się w maślany, tłusty  krem, dodaj miód i ziarenka wanilii oraz sól. Wymieszaj.

Uformuj chałwę, ujarzmiając ją w naczyniu, umieść w lodówce. Poczekaj z dwie godziny i pałaszuj 🙂

SMACZNEGO 🙂

2 komentarze
1 FacebookTwitterPinterestEmail

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress