Taki ot jegomość kalafior wyrósł mi na ogrodzie. Jest ich kilka, w tym jednego podgryzła nornica od korzenia, więc pozuje bidulek jako niedorozwinięty malutki kalafiorek obok tego dużego. Jesień bardzo sprzyja kalafiorom więc jeśli macie ogród gorąco polecam, wtedy to nie trzeba podlewać, jakoś same rosną bez pomocy . A jak miło iść na ogród i zbierać swój, tak przepiękny, zielony… Na przyszły rok spróbuję z innymi kolorami 🙂

A dziś przepis bardzo prosty i pyszny. Jedynie trochę pobawicie się z harissą. Można zrobić jej więcej, przyda się na pewno np. do : pieczonego brokułu i kalarepki ,marchewki z harissą i labneh , pieczonej kolorowej marchewki z fasolką szparagową czy do kuskusu z kalafiora ( przepis niebawem) .

SKŁADNIKI:


1 kalafior ( obojętnie jaki kolor)

3-4 łyżeczki harissy ( przepis TU)

1 cebula

1 garść uprażonych orzeszków arachidowych ( kupuję surowe i sama je prażę w piekarniku – 10-15 minut – 170 stopni)

1 szklanka ugotowanej fasoli adzuki ( opcjonalnie)

2 łyżki oliwy


WYKONANIE:


Kalafior podziel na różyczki ( głąb zostaw do wykorzystania w zupie lub do placków).

Cebulę pokrój na mniejsze części. Delikatnie posól i popieprz.

Natrzyj różyczki kalafiora harissą. Wyłóż wraz z cebulą na blasze i piecz około 40 minut- 180 stopni.

Posyp kalafior orzeszkami, polej oliwą.

Podawaj np. z ugotowaną fasolką adzuki.

SMACZNEGO 🙂

0 komentarz
0 FacebookTwitterPinterestEmail

Każdy z nas miał inny dom rodzinny, dostał inne wychowanie i inaczej odbierał swoich rodziców. Nawet z jednego  domu rodzeństwo co innego wyniosło i jest zupełnie inne. 

Rodzice od kilkudziesięciu lat nie cieszą się często u nas autorytetem, wręcz przeciwnie, uważamy ich za anachronicznych, śmiesznych i niekompetentnych. Gubią się przecież w naszym świecie, skomputeryzowanym, nowoczesnym, z wielkimi nowinkami technicznymi i z ogromnym, konsumpcyjnym postępem. Ba, do tego wszystkiego dochodzi fakt, że dzisiaj rodziców totalnie obwinia się za wszystkie nasze kłopoty, obarczając ich winą nieudacznego wychowania. Gromadnie uczestniczymy, lecząc swoje życie u psychologów, rozdrabniając je i rozdzierając na czynniki pierwsze. Analizujemy siebie odkąd pamiętamy swe dzieciństwo i obwiniamy, obwiniamy, obwiniamy… ale nie siebie. 

I tak, wydaje nam się, że jesteśmy wolni i niezależni, uzależniając się  jednak od problemu jeszcze bardziej, ponieważ całą winą obarczamy rodziców, osądzając ich, krytykując i stawiając siebie w roli kozła ofiarnego. A im bardziej ich osądzamy, tym bardziej spada na nas natłok rozdarcia wewnętrznego i tym bardziej przeżywamy wewnętrzny konflikt. Taka wewnętrzna niespójność godzi w samo sedno miłości i lojalności, uderza w pierwotną więź, która daje poczucie bezpieczeństwa. A szukanie winnych to umycie rąk od odpowiedzialności, to brak chęci przyjęcia zobowiązania. Bo cóż ja pocznę, gdy miałem, miałam taki a nie inny dom, cóż, taki, taka jestem przez matkę, przez ojca. A gdzie, pytam, zdrowy rozsądek, gdzie praca nad sobą, gdzie, wiem, ale gdzie wysiłek i determinacja do działania? 

Rodzinę widzimy jako siedlisko zła i kompleksów, a zupełnie zapominamy o drugiej stronie medalu. Jak więc cieszyć się gniazdem, skoro sami je burzymy. 

Gdybym powiedziała mojej osiemdziesięcioletniej mamie, że źle mnie wychowała, że zrobiła mnóstwo błędów, pewnie spadła by ze stołka. Ona tego nie zrozumie. Pewnie i ja nie rozumiem moich dzieci, chociaż bardzo się staram, ale na miłość boską, czy można tak srać we własne gniazdo… obarczając winą jednych a umywając siebie… Rozumiem moją mamę, wiem, że nic więcej zrobić nie mogła, a właściwie nie umiała. Czy cokolwiek w życiu mi się nie udaje, jest winą moich rodziców? przecież mam swój mózg. A skoro już wiem jacy byli, co zrobili, to przewrócę świat do góry nogami, bo wyciągnę wnioski, a nie niszczę związku, który jest tak naprawdę nie do zniszczenia. Bo korzeni nie da się wyprzeć, bo jest coś co ma wielką siłę, to związek matki i syna, ojca i córki, to pierwotne wartości, niezależne od codziennych relacji. 

Pod żadnym pozorem nie wydaje mi się, że rodzice chcą nas skrzywdzić. Wynieśli różne doświadczenia ze swojego życia, równie podłe jak ciekawe i piękne, ich doświadczenie determinuje do różnych form wychowania, zdaje sobie sprawę, że bywają też skrajności, które tu pomijam. Wiele lęków to odbicie historii rodzinnej, jednak my w tej historii uczestniczymy. To nie los nam zesłał taką rodzinę, to nie przypadek dał takich rodziców. 

Poza tym każdy, kto pojawił się pierwszy w rodzine stoi na wyższym szczeblu w hierarchii i moim skromnym zdaniem zawsze jest to pierwotna potrzeba człowieka, zakodowana od tysięcy lat. Niestety dzieci dziś są naszymi koleżankami i kolegami i trudno tu wyznaczyć granicę. Szacunek inaczej układa się do koleżanki a inaczej do przełożonego. Rodzic natomiast zasługuje na wyższy szczebel, to oni uczą nas ponadczasowych więzi, zdolności do empatii, tworzenia wartości, miłości czy tworzenia związków. To oni pokazują pierwotne wzorce jak żyć, jak kochać. Nie doceniamy ich doświadczenia, pomimo, czy choćby nawet byli analfabetami, to nie istotne. 

Rodzice są łatwym celem aby skierować na nich spust. Tak łatwo ich oskarżyć i przypiąć etykietę. Ale, niestety, często stajemy się bardzo podobni do nich, nawet tego nie widząc. 

Dziecko potrzebuje wsparcia, mentora i autorytetu. Jeśli jesteś rodzicem, dbaj o to. W przyszłości możesz stać się kolejną ofiarą, która zostanie osądzona i oskarżona jako główna żmija, która wypuściła swój jad aby wpuścić na manowce swoje potomstwo. 

Namawiam Was na te placki, proste, bezproblemowe i rozkosznie ukoronowane przepysznym sosem z dyni. Ten sos można zrobić na dwa sposoby, można też zrobić z niego pastę do chleba, dip do warzyw. Niżej podaję ten prostszy przepis, a ten drugi,  z wieloma składnikami, podam w innym poście. Placuszki, dzięki mące z cieciorki są chrupiące i lekko orzechowe, robię je z jajkami i smażę na ghee, więc nie są czysto wegańskie. Smażcie na dobrze rozgrzanym tłuszczu, malutkie placuszki, wtedy łatwo przewrócicie je na drugą stronę, a takie maleństwa przyjemniej się je. Gorąco polecam 🙂

SKŁADNIKI:


80 dkg cukini

2 jaja

2 kopiaste łyżki mąki z cieciorki

szczypta soli

pieprz świeżo mielony

1 łyżka liści pietruszki

ghee do smażenia


Na sos :


1 szklanka upieczonej i zmiksowanej dyni

1 łyżka białego miso

1 łyżka soku z cytryny

2 łyżki oliwy


WYKONANIE:


Cukinie zetrzyj na tarce o grubych oczkach, posól i odstaw na sitku na dwadzieścia minut, lub krócej, wtedy dobrze ją wygnieć. Pozbądź się wody, którą cukinia wypuści.

W między czasie zrób sos ze  zmiksowanej dyni, miso, soku z cytryny i oliwy. Jeżeli jest za gęsty, dolej odrobinę wody.

Do masy z cukinii dodaj  jaja, mąkę, oliwę i pieprz oraz liście pietruszki.

Smaż małe placuszki, kładąc łyżką,  na dobrze rozgrzanym tłuszczu.

Podawaj z sosem z dyni.

SMACZNEGO 🙂

0 komentarz
0 FacebookTwitterPinterestEmail

Zupa z kukurydzy

przez Elusia

Jesień jest taka piękna w tym roku, że każdą chwilę  wykorzystuję na spacery po lesie. Dywany utkane z czerwonych liści w bukowym lesie błyszczą w słonecznej kąpieli. Szeleszczą i grają radośnie pod stopami, jedyną, niezapomnianą jesienną melodię. A drzewa ochoczo złocą się i przeglądają w promieniach jeszcze tak mocno ogrzewającego słonka  i chwila tak błoga, tak piękna, że zmrok mnie zastał i zabrał kolory, a księżyc się pełnią odezwał. Ach,  chwilo trwaj…

Mam dla Was przepyszną zupę z całej kolby kukurydzy ( wykorzystanie kolby sprawi, że zupa będzie smaczniejsza, słodsza, intensywniejsza, ale możecie, jeśli takowej nie macie wykorzystać same ziarna).  Lekko niedogotowane, młode ziarna kukurydzy chrupią jak grzanki w zupie, i właśnie oto mi chodziło 🙂 Zachęcam do jesiennej zupy i nie zapomnijcie o jesieni ! Tyle radości oczom przynosi 🙂 Zobaczcie niżej 🙂

SKŁADNIKI:


3 kolby kukurydzy

kawałek pora ( 10 cm)

2 ziemniaki

1 czerwona cebula

1 papryka czerwona

2 pomidory lub 4 łyżki pulpy pomidorowej, lub nieduży  słoiczek domowych pomidorów  ( przepis TU)

1/2 łyżeczki papryki wędzonej ( w proszku)

1 papryczka chili bez nasion

około 1,5 litra wody

łyżka liści natki pietruszki

4 łyżki oliwy


WYKONANIE:


Kolbę kukurydzy oddziel od nasion, zagotuj wodę i gotuj ja przez 20 minut, następnie odcedź, zachowując wodę.

Zagotuj wodę  jeszcze raz i ugotuj w niej pokrojone w kostkę ziemniaki. Gdy będą miękkie dodaj ziarna kukurydzy i gotuj 5 minut.

Pomidory sparz i obierz ze skórki, pokrój drobno

Por pokrój na piórka, cebulę w kostkę i uduś warzywa na oliwie, pod koniec, gdy będą miękkie i szkliste, dodaj drobno pokrojone papryki i jeszcze poduś, aż papryka będzie miękka.

Wtedy dodaj pomidory i jeszcze chwilę podsmaż bez pokrywki.

Dodaj warzywa do ugotowanych w wodzie ziemniaków, dopraw zupę przyprawami.

Część zupy wraz z warzywami zmiksuj a część zostaw w całości. Wymieszaj zupę i zajadaj.

SMACZNEGO  🙂

0 komentarz
1 FacebookTwitterPinterestEmail

Ryż z kukurydza na słodko

przez Elusia

Gdy sezon na kukurydzę trwa, warto ją wykorzystać i ugotować wraz z kolbą, ponieważ wtedy danie jest bardziej wyraziste i słodsze. Sami spróbujcie 🙂 A o kukurydzy poczytacie TU.

SKŁADNIKI:


1 kolba młodej kukurydzy

1/2 szklanki ryżu pełnoziarnistego

1/2 szklanki mleka kokosowego

2,5 szklanki wody

2 daktyle świeże bez pestek

1 laska wanilii

szczypta soli


WYKONANIE:


Kukurydzę obierz, kolbę bez ziarenek zachowaj, przekrój ją na pół. W półtorej szklanki wody ugotuj kolbę kukurydzy przez 20 minut,  odcedź, wodę pozostaw a kolbę wyrzuć.

Ryż wypłucz, zalej 1 szklanką wody, dodaj pokrojone drobno daktyle, sól i rozciętą laskę wanilii, doprowadź do wrzenia, gdy ryż wypije wodę, dodaj resztę wody, w której gotowała się kolba kukurydzy  i gotuj do miękkości ryżu.

Dolej wtedy mleczko kokosowe, ziarna kukurydzy i gotuj jeszcze przez pięć minut.

Danie podawaj z musem jabłkowym  ( przepis TU)  lub solo.

SMACZNEGO 🙂

0 komentarz
0 FacebookTwitterPinterestEmail

Dziś troszkę ponarzekam. Otóż staram się, pomimo nacisku, jak najmniej przejmować  naukowymi osiągnięciami, ponieważ, zwłaszcza w mojej branży, jaką jest zdrowe odżywianie, bardzo się zmieniają badania naukowe. Ciągle mądrzy ludzie coś obalają, coś wypierają, coś podważają. Były już czasy, gdy kazano nam jeść tylko mięso, jaja i sery, bo białko było najistotniejszym składnikiem naszego pożywienia. Miała swój czas margaryna, miała biała mąka. Zniesławiliśmy jaja, żeby potem je przeprosić. Tak też stało się z olejami. A konkretnie z kwasami omega-3. Jeszcze niedawno mój opracowany skrupulatnie długi artykuł, który ukazał się w Wegetariańskim Świecie, szczegółowo tłumaczył, jakie oleje są najlepsze, jednak dziś coś mi się wali na głowę. I pytam, po co ja wypiłam tyle olejów lnianych, na zimno tłoczonych, przechowywanych i transportowanych w szczególnych warunkach, skoro dziś okazuje się, że owe oleje wcale nie są do końca tak przyswajalne, jak to nauka mówiła. Czyżby to tylko biznes kierował ludzką pazernością. Zniesławiony olej lniany, wraz z siemieniem, a może zwłaszcza siemię obroni się samo, jednak, jeśli opinia zapadła, nie należy tak walczyć o świeżość i jakość lnianego, skoro jakieś obiekcje są. Mówi się o rybach, których, pomijając ich skażenie w metale ciężkie i fakt że nie każdy ryby je, i tak na surowo nie jemy, a kwasy omega-3 boją się temperatury. Więc jak ocalić w nich omega-3?  Suplementy diety omijam szerokim łukiem, zawsze mają jakiś mankament dla mnie. Więc co jeść, aby zaspokoić organizm w ten ważny składnik?

Bardzo skrupulatnie przeszukałam informacje na temat tychże kwasów i doszłam do wniosku, że najpewniejszym ich źródłem są orzechy włoskie i jajka kury biegające po trawie . Awokado, tylko, że nie jest, niestety, z naszego klimatu i, co napewno Was zdziwi, oliwa z oliwek, która to, pomimo wszelakich opinii, kwasów omega-3 jednak nam dostarcza ( musi to być oliwa ” grecka”, z oryginalnych oliwek, czyli stare odmiany- nie ważne w jakim kraju  rosną, oby nie były to hybrydy tej greckiej.

Kolejnym bohaterem kwasów omega -3 są łuskane nasiona konopi siewnych. Jak podaje literatura te maleńkie pestki mają idealną proporcję kwasów omega-3 do omega- 6 i 9. Jeśli natura nie spłatała nam figla, by chronić nasionko przed inwazją wszędobylskich  i  tłuszcze nienasycone rzeczywiście są nam dostępne i łatwe do strawienia tak jak np. spadający z drzewa owoc czy orzech, mamy idealny  dostęp do tak bardzo znaczących pokładów  zdrowia.

Nie mogę też tu pominąć nasion szałwii hiszpańskiej, czyli bardzo modnego dzisiaj  chia. Aztekowie zaliczali chia do pięciu najważniejszych pokarmów, spożywając je nagminnie w celu utrzymania dobrej kondycji fizycznej oraz dla bystrości umysłu.

Jeszcze jednym, bardzo dobrym źródłem kwasów tłuszczowych omega-3 są wodorosty. I właśnie o nich dzisiaj Wam napiszę nieco więcej. Oby… nie okazało się, że, tak jak ze spiruliną- ma witaminę B12, a nie jest dla nas dostępna. Bo, choć ryby, jedzące wodorosty mają omega-3 pod dostatkiem, to, nie jestem pewna na 100 procent, czy dla nas jest tak samo dostępna, gdy te wodorosty jemy osobiście 🙂 Ale to już tylko moje hipotezy. Na dzień dzisiejszy wiadomo- wodorosty to doskonałe źródło omega- 3.

Tak więc z informacji Tradycyjnej Medycyny  Chińskiej wodorosty mają naturę termiczną ochładzającą, smak słony, mogą zastąpić sól. Nawilżają organizm, zwiększając ilość płynów Yin oraz zmiękczając stwardniałe obszary w ciele, redukują guzy i inne narośla.  Przekształcają patologiczny śluz powstały z gorąca, działają moczopędnie i przeciwzakrzepowo. Wzmacniają gospodarkę hormonalną, pomagają przy problemach z prostatą i z jajnikami. Pomagają w leczeniu bezpłodności u mężczyzn.  korzystnie wpływają na nerki i tarczycę. Przynoszą ulgę przy astmie, oraz subsydiują  chorych na stawy.  Wspomagają leczenie kaszlu, uspokajają płuca i gardło.

Np. glon kombu jest uważany za najbardziej kompletny wodorost w składzie w minerały.  Glon kombu powszechnie znany jest jako dodatek używany do gotowania fasoli, ponieważ zawarte w nim minerały pomagają zrównoważyć białka i tłuszcze występujące w roślinach strączkowych, zwiększając przyswajalność tychże składników,  a zmiękczając twarde włókna strączkowych, czyni je lepiej strawnymi.

Jedynym przeciwskazaniem spożywania wodorostów  są luźne, wodniste stolce i poważne objawy zimna w organizmie oraz niedobór ognia trawiennego. Kobiety w ciąży powinny używać wodorostów z rozwagą, lub na ten czas ich unikać.

Przyprawa, którą tu proponuję jest banalnie prosta. Ja robię ją z suszonych ogonków grzybów i wodorostów. Ale oczywiście można użyć całych suszonych grzybów. Mielę je   w proporcji 2:1 lub 1:1 i używam tej przyprawy do wielu dań, zup, kasz, warzyw. Możesz zmiksować je na proszek. Przechowuj w suchym miejscu, w szczelnie zamkniętym słoiku.

SMACZNEGO 🙂

0 komentarz
0 FacebookTwitterPinterestEmail

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress